Siedzę w
samolocie do Polski. Wrócę i co będę robić? Rodziców nigdy nie ma w domu.
Mateusz chodzi do przedszkola. Rodzice nie mają serca… nawet w wakacje młody
wstaje wcześnie rano i idzie. O wakacjach z nimi nawet nie mam co marzyć. Zawsze
mają jakieś lepsze rzeczy do roboty. Nigdy się mną zbytnio nie interesowali.
Woleli siedzieć w pracy, niż spędzać czas ze swoimi dziećmi. Bardzo mi ich
brakowało. Szczególnie w święta. Wtedy najbardziej odczuwałam ich nieobecność.
Zazwyczaj wyjeżdżali do ciepłych krajów, mówiąc że potrzebują czasu dla siebie.
A mnie i Mateusza podrzucali do znajomych, albo wynajmowali opiekunkę. Byli
blisko mnie, ale jednocześnie tak daleko. Chciałam po prostu usiąść z moimi
rodzicami przed telewizorem i pogadać. Wieczorami zazwyczaj sama siedziałam
przed ogromnym telewizorem plazmowym i oglądałam jakieś bezsensowne seriale.
Ale nie miałam nic innego do roboty. Nagle odezwał się głos kobiety:
- Proszę
zapiąć pasy. Zaraz lądujemy.
Tych kilka
słów przypomniało mi, że zaraz powrócę do mojego zwyczajnego życia,
przepełnionego samotnością. Może teraz coś się zmieni, kiedy poznałam Lou? Może
teraz nie będę już tylko zwyczajną nastolatką? Może Louis Tomlinson odmieni
moje życie, które od ponad 2 lat straciło jakikolwiek sens. Artur wyjechał,
Kamil mnie zostawił, rodzice… szkoda gadać, Kinga i Michalina… ach to całkiem
inna historia. Bardzo pomogły mi po stracie tak ważnych dla mnie osób, ale
nigdy nie zwierzałam im się z moich problemów. Nie chciałam, żeby znały każdy
mój sekret.
Na lotnisku
czekali na mnie rodzice, aż dziwne że byli oboje. Już za chwilę miałam zobaczyć
jedyne światełko w moim życiu- Mateusza. Moje serce przepełniała radość kiedy
jego małe rączki zawieszały się na mojej szyi, a jego usta dotykały mojego
policzka. Te gesty sprawiały, że na moich ustach pojawiał się uśmiech.
Wsiadłam do
samochodu i już po chwili staliśmy przed domem.
Rano obudziłam Mateusza i
odprowadziłam go do przedszkola. Wróciłam do pustego domu. Nie wiedząc co ze
sobą zrobić włączyłam telewizor. Zadzwonił dzwonek do drzwi, a przed nimi stał
nie kto inny jak Lou. Co on tutaj robi? Dlaczego stoi przed moimi drzwiami?
- Louis co
ty tu robisz? – zapytałam.
-
Przyjechałem.
- To, to ja
widzę, ale czemu tu jesteś?
-
Stęskniłem się. – powiedział i wprosił się do środka. Rozsiadł się na kanapie i
czekał aż do niego dołączę. Siedzieliśmy w milczeniu wpatrując się w siebie.
Nagle Lou odezwał się:
- Mam już
wszystkiego dość. Wszyscy oczekują ode mnie tego że pogodzę się z Harrym i
wszystko będzie jak dawniej. Minęły 2 tygodnie od czasu… - nie mógł
wypowiedzieć tych przynoszących ból słów. Bał się ich jak ognia. Nie miał
odwagi przeciwstawić się całemu światu i powiedzieć, że boli go zdrada
najlepszego przyjaciela i jego dziewczyny. Chciał uciec od całego
przytłaczającego go świata w otchłań ukojenia. Nie martwić się o nic i być
szczęśliwym.
- Leć ze
mną do Londynu. Potrzebuję cię.
- Louis… -
byłam zaskoczona tymi słowami. Najchętniej rzuciłabym wszystko i wyjechała jak
najdalej od tej chorej rodzinki, która na pozór mogłaby się wydawać idealna,
ale to tylko pozory. Nie chciałam zostawiać mojego kochanego braciszka samego z
‘rodzicami’. Nie poradziłby sobie, ale ja potrzebuję uciec od tego wszystkiego.
Potrzebuję spokoju, a wiem, że przy Louisie tego doznam. Wiem, że zaznam
ukojenia.
- Dobrze.
Zgadzam się. – powiedziałam i przytuliłam się do swojego przyjaciela.
* tydzień później*
- Louis weź
ten karton i zanieś do mojego pokoju. – poinstruowałam go. Uznaliśmy z Lou, że najlepiej
by było gdybyśmy zamieszkali razem.
Potrzebowaliśmy swojego wsparcia. Potrzebował teraz bliskiej osoby,
która by go pocieszała za każdym razem kiedy popłyną łzy tęsknoty, bólu i
rozpaczy. Musiałam wspierać go teraz, w najtrudniejszych momentach jego życia.
Nie mogłam pozwolić, żeby tęsknił za Harrym i Eleanor. Musiał o nich zapomnieć,
ale widząc swojego dawnego przyjaciela codziennie na próbach, zadawał sobie
kolejne ciosy, które niewyobrażalnie go raniły. Potrzebował odetchnąć od całej
tej sytuacji. Musiał spojrzeć na to z innej perspektywy. Jak na przykład, że
pozbył się fałszywych przyjaciół, którzy czekali tylko aż się potknie.
Potrzebował dystansu do całej tej chorej sytuacji. Jedynym wyjściem było wolne,
wolne od koncertów, wywiadów, prób. Potrzebował spokoju, którego mu brakowało.
Trzeba go namówić no urlop, choćby w zaciszu domu.
- Sandra? –
zaczął niepewnie Lou.
- Tak?
- Musimy
gdzieś pojechać.
- Powiesz
mi gdzie?
- Dowiesz
się na miejscu.
- Dobra
pojadę z tobą, ale musisz mi coś obiecać.
- Mam się
bać?
- Weź
urlop. Potrzebujesz spokoju, odcięcia od życia publicznego, wyjedź gdzieś.
- Nie mogę
zawieść fanów. Cały zespół na mnie liczy. Muszę być silny.
- Fani to
zrozumieją, chłopcy też. Teraz ty powinieneś być dla siebie najważniejszy. Nie
widzisz, że ta cała sytuacja wykańcza cię psychicznie?
- Nie mogę
zawieść fanów. – powiedział drżącym głosem. – Nie chcę zawieść sam siebie…
muszę walczyć o to co dla mnie najważniejsze, fani muszą wiedzieć, że ja się
nie poddaję… jestem dla nich przykładem. Oni muszą czuć, że choćby wszystko się
paliło i waliło ja Louis Tomlinosn przy nich będę, muszą wiedzieć, że jestem
silny i poradzę sobie z każdym problemem.
Odwrócił
się do mnie plecami i podszedł do okna wpatrując się w Londyn.
- Nie warto
niszczyć prawdziwego siebie dla innych. Fani powinni zobaczyć jaki naprawdę
jesteś.
- A jaki ja
według ciebie jestem?
-
Uczuciowym, spokojnym i wciąż małym chłopcem, który boi się prawdziwego siebie.
Pokarz światu prawdziwą twarz. Zobaczysz, że cię pokochają takiego jaki jesteś.
– popatrzyłam mu prosto w oczy wypowiadając te słowa. W jego oczach dostrzegłam
iskierkę nadzieli na lepsze jutro. Musiał wierzyć, że ono nadejdzie, bo inaczej
by zwariował.
- Dobrze
wezmę urlop, ale teraz ze mną gdzieś pojedziesz.
Podjechaliśmy
pod jakiś ogromny budynek. Przypominał mi jakiś szpital.
- Lou gdzie
ty mnie przywiozłeś?
- Pamiętasz
jak opowiadałaś mi o twoim przyjacielu Arturze?
- No tak,
ale co to ma… - nie zdążyłam dokończyć
-
Poruszyłem niebo i ziemię, żeby go odnaleźć.
- Co? Ja go
szukałam przez tyle czasu z marnym skutkiem, a ty go odnalazłeś? – nie mogłam
wyjść z podziwu. Nie zastanawiając się długo wyszłam z samochodu i ruszyłam do
budynku. Lou podążał za mną. Właśnie stałam przed salą. Dlaczego Lou przywiózł
mnie do szpitala, żebym mogła spotkać się z moim przyjacielem? Ta myśl ciągle
nie dawała mi spokoju. Stałam przed salą nr. 325 trzymając rękę na klamce, lecz
ciągle coś mnie powstrzymywało, aby wejść do środka. Strach przed tym co
zobaczę? Ból, cierpienie, wspomnienia? Wspólnie spędzone chwile? W mojej głowie
wciąż krążyły setki pytań na które niestety nie znałam odpowiedzi. Kiedy już
byłam gotowa, aby tam wejść moja ręka automatycznie się odsuwała jakby bała się
zbliżenia do bliskiej mi osoby.
- Jeśli nie
chcesz nie musisz tam teraz wchodzić. – usłyszałam przyjemny, kojący głos
Louisa.
- Boję się.
– wyszeptałam prawie niesłyszalnie. – Boję się spotkania z nim. Co jeśli mnie
nie pozna, jeśli powie że mam zniknąć z jego życia. Ja tego znowu nie przeżyję.
Nie poradzę sobie. Nie dam rady. – powiedziałam i obróciłam się na pięcie. Nie
potrafiłam przełamać jakieś bariery w swoim mózgu. Jedna część chciała go
przytulić zaś druga bała się że znowu zostanie skrzywdzona. Serce kazała mi tam
wejść, ale rozum mówił coś innego. Nie wiedziałam czego mam słuchać. Jest tak
blisko swojego przyjaciela, a co jeśli on znowu zniknie, a ja będę żałować do
końca życia, że nie wzmogłam w siebie wszelkich sił i nie weszłam do sali?
Jednak ból wziął górę nad strachem. Wycofałam się powoli z budynku.
- Lou
przepraszam. – wyszeptałam – Nie jestem jeszcze na to gotowa. Artur bardzo mnie
skrzywdził, ale zawsze był i będzie dla mnie kimś ważnym.
- Nie masz
mnie za co przepraszać. Pójdziesz do niego kiedy będziesz miała wystarczającą
siłę, aby zmierzyć się z przeszłością. – powiedział i przytulił mnie mocno.
- Możesz
zawieść mnie teraz do domu? – poprosiłam
- Jasne.
Całą drogę
spędziliśmy w milczeniu. Mogłam teraz siedzieć razem z Arturem wspominając
stare czasy, ale zabrakło mi odwagi na tak odważny krok.
- Dziękuję.
– zwróciłam się do Lou.
- Za co?
- Za
wszystko, że jesteś przy mnie, że mnie wspierasz.
-
Przyjaciołom się pomaga. – powiedział w spojrzał prosto w moje oczy. Speszona
odwróciłam głowę w stronę mokrej od londyńskiego deszczu szyby. Louis
Tomlinson… siedziałam właśnie z nim w samochodzie, co jeszcze doniedawna mogło
wydawać się tylko marzeniem, nadzieją, teraz jest rzeczywistością… szarą
rzeczywistością. Wróciłam do swojego pokoju. Zmęczona dzisiejszymi wydarzeniami
dnia opadłam na łóżko. Próbowałam zasnąć lecz moje myśli wciąż krążyły wokół
Artura. Może powinnam wrócić do szpitala i z nim porozmawiać? Wciąż czułam do
niego żal za to co zrobił, ale ileż można chować urazę. Minęły już 2 lata. Czas
już na wybaczenie. Ale czy warto? Czy warto znowu cierpieć? Może lepiej żyć
swoim życiem jakbym nigdy nie była w tamtym szpitalu, przy tamtych drzwiach.
Nie! Nie mogę. Znowu bym zastanawiała się ‘co by było gdyby’. Od wyjazdu Artura
zawsze zadawałam sobie pytania : ‘Co by było gdybym nie poszła na te
urodziny?’, ‘Co by było gdyby Artur się ze mną pożegnał?’. Takich pytań krążyło
wiele w mojej głowie. Nie zastanawiając się długo założyłam buty i płaszcz.
Nogi same niosły mnie do szpitala. Wszystkie moje wątpliwości zostały rozwiane
kiedy znowu znalazłam się przed tak dobrze znanymi mi drzwiami. Teraz stanowczo
nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. To co tam zobaczyłam… nie mogłam
uwierzyć własnym oczom. Artur leżał podłączony do jakiś maszyn. Miał zamknięte
oczy. Co się z nim stało? Podeszłam bliżej łóżka. Mój przyjaciel prawie wcale
się nie zmienił. Te same rysy twarzy. Przysiadłam na krześle obok łóżka i
złapała jego dłoń. Dlaczego kiedy teraz jestem tak blisko on jest nieobecny? Z
moich oczy popłynęła słona ciecz. Nie potrafiłam dusić w sobie szczęścia, że
znowu jestem blisko mojego przyjaciela, ale taż smutku, rozpaczy i goryczy, że
Artur jest nieobecny. Jedna myśl nie dawała mi spokoju… Dlaczego mój przyjaciel
jest w tak ciężkim stanie? Co lub kto się do tego przyczynił. Do pokoju weszła
właśnie jakaś kobieta z bukietem kwiatów.
- Dzień
dobry. – powiedziałam
- Dzień
dobry. Przepraszam, ale nie znam cię.
-
Przepraszam, jestem Sandra Szafarska. – przedstawiłam się. Reakcja kobiety była
dość zaskakująca.
- Sandra?
To ty? Co ty tutaj robisz? – zawołała i mnie przytuliła. Domyśliłam się, że to
mama Artura.
-
Przyjechałam tutaj na ślub kuzynki, a mój przyjaciel pomógł mi odnaleźć Artura.
Przepraszam, że o to pytam, co się stało że Artur jest w tak kiepskim stanie?
-
Wyjechaliśmy do Londynu, bo u Artura wykryto guza mózgu. Wiedzieliśmy, że za
granicą będzie miał lepszą opiekę. Artur wierzył, że szybko wyzdrowieje i wróci
do ciebie. Nie chciał, żebyś się o niego martwiła, ale jego choroba dalej się
rozwijała, a on nie miał odwagi do ciebie zadzwonić i powiedzieć w jak ciężkim
jest stanie. Wczoraj miał kolejną operację– powiedziała pani Grapowska.
- Musi pani
myśleć pozytywnie. – próbowałam pocieszyć kobietę. – Artur wyzdrowieje. Teraz
już jestem przy nim.
- Wiara to
za mało, potrzebny jest cud. Lekarze dają mu marne lokowania.
- Nie może
pani tak myśleć. Artur jest silny, wyjdzie z tego.
- On jest
chory, umiera.
- Wiara
czyni cuda.
Znowu
usiadłam przy łóżku. Chwyciłam dłoń Artura. Wierzyłam, że z tego wyjdzie,
wierzyłam że jest wystarczająco silny, aby walczyć. Straciłam tak wiele czasu
na złość, a on leżał tu… zmagając się z chorobą. Mocniej chwyciłam jego dłoń…
chciałam poczuć jego obecność. Tak bardzo chciałam go teraz przytulić. Pani
Grapowska wyszła z pokoju pozostawiając nas samych. Ja bez żadnego
zastanowienia położyłam się obok mojego przyjaciela. Wtuliłam się w jego tors.
Łzy napływały mi hektolitrami do oczu. Dlaczego mi nie powiedział? Nic go nie
usprawiedliwia, ale teraz to już nie ma znaczenia. Jestem przy nim… teraz to
jest najważniejsze. Muszę wierzyć, że on z tego wyjdzie. Mama Artura już dawno
straciła nadzieję, a to ona powinna najbardziej wierzyć, że jej syn będzie
zdrowy. Jak bardzo brakowało mi go przez te ostatnie 2 lata. Jego oddechu, dotyku,
uśmiechu, poczucia, że komuś na mnie zależy. Był dla mnie ukojeniem, ostoją.
Patrząc na jego twarz wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Teraz kiedy
jesteśmy razem nic złego nie może się stać. Nagle poczułam znaczący uścisk
dłoni. Po chwili z gardła mojego przyjaciela wydobyło się głośne chrząknięcie,
a po chwili kilka słów:
- Wiedziałem,
że mnie odnajdziesz.
*******
Taki mały prezent na Nowy Rok. Dziękuję za komentarze. Są one dla mnie bardzo ważne. Wtedy wiem, że pisanie ma jakiś sens. I proszę pozostawiajcie tutaj jakiś ślad po sobie! ♥
afffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffff *-* teraz czekam na następny, weny życzę ;** <33
OdpowiedzUsuńBoże, dziewczyno! Ten rozdział jest przepiękny. W niektórych momentach chciało mi się płakać, widzisz co ze mną robisz? Bardzo się cieszę, że Sandra zdecydowała się iść do Artura, nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że ona coś do niego czuje. Nie mówie tutaj o przyjaźni, a o pięknym uczuciu, czyli miłości. Zdaje mi się, że ona kocha Artura, ale jeszcze o tym nie wie. Być może moje przemyślenia są błędne, zobaczymy w nastepnym rozdziale. Mam nadzieję, że dodasz go jak najszybciej! Życzę Ci Szczęśliwego Nowego Roku, duużo pomysłów i weny twórczej, która nie może Cię opuść. ♥
OdpowiedzUsuńJestę Filozoffę.
Wciąga mnie historia Sandry. Bardzo podoba mi się, że opisujesz jej uczucia. W większości opowiadań dziewczyny skupiają się na samych wydarzeniach. Ty tutaj piszesz tak jakbyś była główną bohaterką. Dzielisz z nią wszystkie smutki i troski. Jest to nieliczny z blogów, który darzę sympatią, a uwierz mi jest ich zaledwie 4. Widać tutaj, że wkładasz w to opowiadanie dużo serca i czasu. Sama kiedyś pisałam i wiem, że napisanie czegoś dobrego co spodobałoby się innym jest bardzo trudne. Podziwiam dziewczyny, które mają odwagę pokazać światu to co piszą. Wiem, jest ich dużo, ale nie każda ma do tego talent. Ty do nich nie należysz. Masz ogromną pasję i dar. Rozwijaj to dziewczyno! Życzę szczęścia i weny.
OdpowiedzUsuńPozytywny krytyk ;*